Geoblog.pl    majtrip    Podróże    303 stopy i 4 nogi    Z Gavinem budowniczym, szczęśliwe stopowanie i trafiamy do King's Canyon
Zwiń mapę
2010
07
kwi

Z Gavinem budowniczym, szczęśliwe stopowanie i trafiamy do King's Canyon

 
Australia
Australia, Watarrka National Park
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 29259 km
 
Pomimo tego, że Ron skończył późno w nocy zmianę, wstaje rano i podwozi nas do drogi- od niego z domu to 4km. Bardzo nam tym pomaga. Ustawiamy się w punkcie strategicznym i na przemian wystawiamy kciuki i przeganiamy muchy (kciukami).
Znów trochę strechingu, piosenki, rymowanki, psychotesty. Mamy się świetnie. Po 3 godzinach odbywamy nasz marsz. Po jakimś czasie widzimy znak, że za 1km znajduje się parking dla ciężarówek, czyli road train'ów. Tam też zmierzamy i się zatrzymujemy. No i stoimy sobie, mijają nas kolejne samochody zapakowane turystami. Pada wiele niepochlebnych słów pod kątem kierowców, którzy mają wolne tylnie siedzenia samochodów. Kij im w rurę.. wydechową.

Za nami stanął utility wóz i kierowca prowadził intensywną rozmowę przez telefon. Za chwilę podjechał do nas i zapytał gdzie nas może zabrać. Nie mogło być piękniej, Gavin jechał do Alice Springs.
Utility wóz oznacza, że jest to samochód posiadający tylko przednią kanapę, na nasze szczęście mogą się na niej umościć 3 osoby. Nie jest to może zbyt wygodne, ale dla nas po 4 godzinach stania w upale, zaduchu i muchach, auto było limuzyną. Bagaże wrzuciliśmy na tył i w klimatyzacji mknęliśmy ku przeznaczeniu :) Gavin troskliwie otoczył nasze bagaże płachtą, która miała je chronić przed słońcem, ale jak się okazało płachta bardziej przydała się do ochrony przed...deszczem. Nasz kierowca był budowniczym i byłym zawodnikiem Australian Football ( jakby drugiej ligi futbolu australijskiego, takiej co to ma się dodatkowo pracę, ale trenuje i tak 5 razy w tyg plus mecz. Ciężka praca. No ale Oz kochają swój footie:). Opowiadał nam o swojej karierze, jak również nawykach żywieniowych. Przestał grać ponieważ..i tu wymienił dość długą listę kontuzji i złamań. Cenna rada, przy stanach zapalnych należy zajadać surowy seler. Tak nam polecał. Polecał też kąpiel w zimnym, ale wygazowanym piwie, przez 15 minut. Ha! Taki żart Stefana naszedł. Może to dlatego, że dowiedzieliśmy się nie dawno, że posiadanie w domu dodatkowej lodówki specjalnie na napoje alkoholowe to przecież standard:)

Po 5 godzinach dojeżdżamy na krzyżówkę. Czyli tam gdzie droga odbija już do Uluru, od którego teraz dzieli nas jedyne 240km.
Na krzyżówce duża stacja benzynowa. Jest tłumnie, duszno, bucha gorącem. Wokół milion much. Za płotem emu. Prosimy obsługę o napełnienie nam butelek, ale nam odmawiają. Jeśli chcemy wodę, musimy ją sobie kupić. Ok. Na razie nie jest to niezbędne. Zagadujemy do ludzi, którzy właśnie wrócili z Uluru. Czy są tam kurki z wodą pitną, czy płacili za kemping, czy jest jakiś market. Dowiadujemy się, że owszem, na miejscu jest darmowa woda pitna, kampowali na dziko, jest sklep, ale z mocno zawyżonymi cenami.

Stajemy przy drodze bez przekonania, nic nas nie mija. Jest już po godzinie 16. Kto miał pojechać na zachód słońca, już to na pewno zrobił. Camping przy stacji jest płatny. To nie jest miejsce dla nas do spędzenia nocy. Z zza zakrętu wyłania się lśniący holden omega. A co tam, machamy. O dziwo, zatrzymuje się. Podrzucą nas 50km albo do pierwszej stacji benzynowej, albo 100km do skrzyżowania, gdzie droga odbija na King's Canyon, czyli tam gdzie Renete i Gunter zmierzają.
Nie wiemy co robić. Cudownie byłoby zabrać się do kanionu, ale to jeszcze długa droga i nie wiemy czy możemy się narzucać na taki dystans, który oznaczałby, że następnego dnia będziemy im siedzieć na głowie, bo jadą do Ayers Rock. Na szczęście nasze rozkminianie uciął Gunter, mówiąc, że jesteśmy welcome, żeby jechać z nimi i z przyjemnością nas jutro zabiorą do Uluru. Takie obrotu spraw się nie spodziewaliśmy. Gunter i Renete są przyjaciółmi, mieszkają w Norymberdze i pracują razem w ichniejszym ośrodku pomocy społecznej. Gunter zajmuje się bezrobotnymi, a Renete wydaje pozwolenia dla ulicznych grajków. Oboje specyficzni, bardzo serdeczni i pomocni. W czasie naszej drogi zaczyna padać, na przemian się przejaśnia i pojawia się tęcza. Zielone drzewa i trawa. Na horyzoncie widać burzę. Ciemną nocą, czyli około 8 wieczorem, dojeżdżamy na teren resortu. Jest tu dostępne zakwaterowanie na wszystkich poziomach. Od campingu, przez lodże, zbiorowe sypialnie, po pokoje hotelowe. My musimy zdecydować się na camping. Jesteśmy na terenie parku narodowego, teoretycznie nigdzie nie wolno nam się rozbijać na dziko. Nie mamy już siły kombinować.
Rozbijamy się na trawce i idziemy na basen. Nad nami czarne, czyste, rozgwieżdżone niebo. W nas krakersy,a wokół robale pływaki oraz pasikoniki nurkowie. I wycie dingo i dzikich psów. Tak właśnie. Tabliczki głoszą żeby uważać i nie dokarmiać obydwu z wymienionych. A czym się różnią?
Szybko usypiamy, jutro czeka nas kanion Stefana :)
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (10)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (3)
DODAJ KOMENTARZ
Chuda
Chuda - 2010-04-22 12:22
O w morde!!!!!!!!!! Przed ostatnie zdjęcie z tęczą.... MISTRZOSTWO!!!
 
sawanna
sawanna - 2010-04-22 20:36
Kulgera z Kulgerem to nawet nieźle wygląda.
 
mama monika
mama monika - 2010-05-01 11:22
piękni jesteście
 
 
zwiedzili 13% świata (26 państw)
Zasoby: 344 wpisy344 925 komentarzy925 2909 zdjęć2909 0 plików multimedialnych0
 
Nasze podróżewięcej
23.08.2018 - 23.08.2018
 
 
03.09.2013 - 19.09.2013